czwartek, 23 kwietnia 2009

Zarobaczony Windows

Wirusy komputerowe towarzyszą nam aktualnie na każdym kroku. Osoba, która na swoim komputerze nie posiada żadnego oprogramowania antywirusowego jest albo naiwna, albo szalona. Oczywiście wirusy kojarzą nam się od razu z systemem spod znaku tłuczonych okien. Inne systemy nie pozostają mocno w tyle, aczkolwiek przodownikiem jest oczywiście Windows. Nie podlega dyskusji, że "złośliwe" oprogramowanie jest plagą naszych czasów. Problem polega na tym, że ono rzeczywiście jest złośliwe.

Kiedyś wirus to było coś. Program był na prawdę niewielki, wykorzystywał jakąś lukę, przesyłał się potajemnie, mnożył wykorzystując wyłącznie bezczynność procesora, podmieniał przerwania i czekał. Większość wirusów miała jakiś sensowny cel, na przykład dopiec użytkownikowi. Trzeba to jednak zrobić umiejętnie. Do tego atak na jeden komputer, nawet 1000, nawet milion, to trochę nudne, ale zmasowany atak. Tak to jest coś na prawdę kuszącego. Wirus siedział więc cicho jak mysz pod miotłą, aż któregoś dnia wybiła dwunasta i zabawa się zaczęła. To były spustoszenia, straty, przestoje.

Któż nie pamięta takich nazw jak Krishna, albo Czarnobyl? To były na prawdę złośliwe wirusy. W całym systemie robiły sieczkę. Konkretna data, szybkie działanie, ale do tego momentu cisza jak makiem zasiał. Jak coś takiego złapałeś, to nic nie mogłeś wiedzieć aż do dnia 0. Takie to były plugastwa.

Dobra choroba to taka, której nie poczujesz, lekarz nie wyleczy, a grabarz zakopie... razem z Tobą. No ostatecznie ujawni się, jak już będzie za późno. Twórcy współczesnych wirusów chyba nie inspirowali się tym dziedzictwem ani przez chwilę. Bardziej prawdopodobne, że inspirowali się systemem, który infekują. Wirusy są ciężkie, a jak takiego złapiesz, to wiesz od razu, że czas skanować system i się tego pozbywać, albo pozbyć się od razu systemu razem z tym gównem. Zero zabawy z userem.

Najgorsze są wirusy przenoszące się na pamięciach masowych. Nigdy nigdzie nie można tego wpiąć bezpiecznie. Zawsze coś czyha na nasz nośnik. Tylko czekać aż pojawią się syfy dopisujące się do CD/DVD przy każdym nagrywaniu. Na dniach przez nieostrożność sam przyniosłem sobie na PC takie gówno. I co? Ledwo to wpiąłem do portu, ledwo odpaliłem i już wiem, że czas odkurzyć dyski przy pomocy AV. Zero finezji, żadnego polotu. Od razu widać, że okna otwierają się w nowych procesach, że pliki ukryte znikły i nie widać rozszerzeń. Nawet kilka ikonek się pozmieniało. Wiem co mnie jeszcze czeka: grzebanie w rejestrze, by przywrócić pierwotne ustawienia systemu. Nie ma to jak kilka godzin bezsensownej zabawy.

Zastanawia mnie, jakim cudem ludzie piszący najnowsze wirusy utrzymują się w tej branży. To jest naprawdę niepojęte. Chyba że Ci ludzie pracują dla firm tworzących oprogramowanie AV. Ktoś przecież musi napędzać ten rynek, który kiedyś nakręcał się sam. Ja osobiście w VIRI już od lat się nie bawię. Trojany, AdWere'y i inne takie już mnie nie bawią. Szczególnie kiedy rynek jest tak nasycony produktami o jakości chińskich skarpet. Wirusów już prawie nikt się nie boi tak bardzo. W końcu i tak widać jak się takiego złapie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz